Szklanka gorącej, mocno posłodzonej herbaty była w PRL-u czymś więcej niż napojem. Towarzyszyła śniadaniom, pracy, wizytom rodzinnym i rozmowom prowadzonym przy kuchennym stole. Przyglądam się temu, co pito, jak parzono i dlaczego właśnie herbata stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych smaków codzienności, a także podpowiadam, jak odtworzyć ten rytuał współcześnie.
Herbata z czasów PRL-u łączyła prostotę, niedobory i silny rytuał towarzyski
- Najczęściej pito czarną herbatę, często gruzińską, chińską, Popularną albo Madras.
- Szklanka w metalowym koszyczku była praktycznym i bardzo charakterystycznym elementem stołu.
- Plujka oznaczała susz zalany bezpośrednio w szklance, bez sitka i zaparzacza.
- W latach 50., 60. i 70. herbata była zwykle dostępna, ale jej jakość pozostawiała wiele do życzenia.
- Największe zmiany przyniosły lata 80., gdy pojawiły się problemy z podażą i podwyżki cen.

Dlaczego herbata stała się napojem codziennym
Popularność herbaty w Polsce nie zaczęła się dopiero po wojnie. Zwyczaj picia czarnego naparu rozwijał się szczególnie pod wpływem rosyjskim, gdzie herbatę podawano bez względu na status społeczny. Stamtąd przyjęły się także szklanki w metalowych uchwytach, słodzenie naparu i dodawanie cytryny.
Po 1945 roku handel herbatą został podporządkowany gospodarce państwowej. W przeciwieństwie do kawy czy kakao napój przez dużą część okresu PRL-u pozostawał w sprzedaży ciągłej. Nie oznaczało to jednak dużego wyboru ani wysokiej jakości. Konsument najczęściej kupował to, co akurat trafiło na półkę.
Herbata dobrze pasowała do realiów tamtej epoki. Była stosunkowo prosta w przechowywaniu, łatwa do przygotowania i można było podać ją wszystkim domownikom. W wielu mieszkaniach zastępowała wodę do posiłku, a w zakładach pracy stawała się sposobem na krótką przerwę.
Dane dotyczące spożycia pokazują, że nie był to napój okazjonalny. W zestawieniach obejmujących lata 1979-1989 roczne spożycie w przeciętnym gospodarstwie domowym wynosiło mniej więcej 0,55-0,84 kg suszu. Herbata była więc produktem codziennym, nawet jeśli jej smak często zależał bardziej od ilości cukru niż od jakości liści.
Nie cały PRL smakował tak samo
Inaczej wyglądała codzienność lat 50. i 60., inaczej dekada względnego dostatku w latach 70., a jeszcze inaczej kryzys lat 80. W pierwszych dekadach problemem była przede wszystkim nierówna jakość. W latach 80. dochodziły do tego braki, podwyżki i konieczność kupowania produktów przy okazji, gdy akurat pojawiły się w sklepie.
W 1982 roku ceny herbaty wzrosły niemal dwukrotnie po długim okresie ich administracyjnego zamrożenia. Ta zmiana dobrze pokazuje, że nawet produkt uznawany za podstawowy mógł nagle stać się bardziej odczuwalnym wydatkiem.
Co trafiało do peerelowskich szklanek
Najczęściej była to herbata czarna, sprzedawana luzem lub w prostych opakowaniach. Nazwa na paczce nie zawsze gwarantowała powtarzalny smak, ponieważ import zależał od centralnych umów handlowych, dostępnych partii i jakości surowca.
| Rodzaj lub nazwa | Z czym się kojarzyła | Co warto o niej wiedzieć |
|---|---|---|
| Herbata gruzińska | Codzienny, masowy napar | Często wspominana jako nierówna i mało aromatyczna, choć oceny zależały od konkretnej partii. |
| Popularna | Najprostsza herbata do domu i pracy | Była symbolem dostępności, a nie produktu luksusowego. |
| Madras | Mocniejszy, ciemny napar | Nazwa nawiązywała do indyjskiego regionu, ale nie zawsze oznaczała herbatę wysokiej jakości. |
| Yunnan | Chińska herbata o bardziej szlachetnym skojarzeniu | Poszczególne partie mogły wyraźnie różnić się aromatem i wyglądem liści. |
| Ulung | Ciekawostka dla bardziej zainteresowanych | Była kojarzona z herbatą oolong, choć ówczesne nazewnictwo i jakość nie odpowiadały dzisiejszym standardom. |
Najważniejsza różnica między dawną a współczesną ofertą polegała na tym, że wtedy kupowało się przede wszystkim dostępność i moc naparu, a nie pochodzenie z konkretnego ogrodu, wysokość uprawy czy sposób przetworzenia liści.
Lepsze, importowane produkty można było czasem znaleźć w Peweksie, Baltonie albo kupić za walutę na nieoficjalnym rynku. Dla większości rodzin nie były jednak zwykłym zakupem spożywczym. Stawały się prezentem, zapasem na szczególną okazję albo małym symbolem luksusu.
Szklanka w koszyczku była częścią obyczaju
Trudno wyobrazić sobie kulturę picia herbaty w PRL-u bez przezroczystej szklanki umieszczonej w metalowym koszyczku. Koszyczek chronił dłonie przed gorącym szkłem, ale pełnił też funkcję dekoracyjną. W praktyce był najprostszym sposobem, by zwykłą szklankę zastąpić namiastką eleganckiej zastawy.
Filiżanki kojarzyły się z bardziej uroczystym podaniem, natomiast szklanka pasowała do codziennego rytmu. Pojawiała się w domowej kuchni, stołówce, barze mlecznym, biurze i na dworcowym bufecie. Ten sam przedmiot mógł oznaczać zarówno zwykłą przerwę w pracy, jak i herbatę podaną gościom do ciasta.
Napój często przygotowywano do każdego posiłku. Rano podawano go do chleba i twarogu, po obiedzie do deseru, a wieczorem do kanapek. Cukier był nie tylko dodatkiem smakowym. Pomagał też złagodzić cierpkość naparu, która wynikała z gorszego suszu albo zbyt długiego parzenia.
Cytryna pojawiała się najczęściej przy okazji wizyty, przeziębienia lub bardziej uroczystego spotkania. W zwykły dzień wystarczała herbata z cukrem. Zdarzało się również, że do szklanki wkładano łyżeczkę, a cukier wsypywano bezpośrednio do środka, co dziś może wydawać się mało eleganckie, ale było szybkie i praktyczne.
Nie każdy napar pito w domu. Herbata była także elementem gościnności. Gospodarz stawiał na stole czajnik albo szklanki, a rozmowa mogła trwać tak długo, jak długo starczało gorącej wody i ciastek. W tym sensie jej znaczenie wykraczało poza smak.
Plujka, esencja i wrzątek bez termometru
Najbardziej charakterystycznym sposobem przygotowania była tak zwana plujka. Susz wsypywano bezpośrednio do szklanki, zalewano wrzątkiem i pozostawiano fusy w naparze. Podczas picia trzeba było je omijać, odsuwać łyżeczką albo po prostu wypluwać.
Brzmi to mało wygodnie, ale metoda miała sens w warunkach, w których nie potrzebowała żadnego dodatkowego sprzętu. Wystarczała szklanka, czajnik i kilka łyżeczek suszu. Dlatego sprawdzała się zarówno w domu, jak i w pracy.
| Sposób parzenia | Jak wyglądał | Największa zaleta | Najczęstszy problem |
|---|---|---|---|
| Plujka | Susz zalany bezpośrednio w szklance | Minimum naczyń i szybkie przygotowanie | Fusy w ustach i gorzknienie naparu |
| Esencja | Mocny napar rozcieńczany gorącą wodą | Możliwość regulowania mocy każdej porcji | Przetrzymana esencja stawała się cierpka |
| Dzbanek | Herbata przygotowana dla kilku osób | Wygodne podanie podczas spotkania | Napój długo stojący tracił świeżość |
Esencję przygotowywano wtedy, gdy trzeba było obsłużyć więcej osób. Mocniejszy napar czekał w dzbanku lub garnuszku, a do szklanki dolewano go według uznania. Jedni lubili herbatę bardzo ciemną, inni rozcieńczali ją niemal do koloru bursztynu.
W niektórych domach ten sam susz zalewano ponownie. Nie traktowałbym jednak tego jako uniwersalnej zasady dawnej kuchni. Przy słabej herbacie drugie parzenie dawało po prostu delikatniejszy napój, a przy kiepskiej jakości mogło być niemal pozbawione aromatu.
Przeczytaj również: Kubek do yerba mate - Matero, Tykwa, Guampa? Wybierz idealne!
Co najczęściej psuło smak
Największym błędem było zostawianie liści w szklance przez kilkanaście minut. Wrzątek wyciągał wtedy z suszu dużo garbników, czyli związków odpowiadających za cierpkość i ściąganie w ustach. Cukier maskował ten efekt, ale go nie usuwał.
Drugim problemem była woda. Twarda, mocno chlorowana kranówka potrafiła spłaszczyć aromat i zostawić osad na szklance. Dlatego nawet przeciętna herbata mogła smakować lepiej po użyciu świeżej, filtrowanej wody.
Jak odtworzyć smak bez sięgania po starą paczkę
Nie próbowałbym pić herbaty przechowywanej od czasów PRL-u. Zamknięte opakowanie może mieć wartość kolekcjonerską, lecz po kilkudziesięciu latach susz traci aromat, chłonie zapachy i nie powinien być traktowany jako produkt spożywczy.
Do domowego odtworzenia rytuału lepiej wybrać świeżą, prostą czarną herbatę liściastą. Dobrze sprawdzi się mieszanka typu Assam lub Ceylon, ponieważ daje wyraźny kolor i mocniejszy smak bez potrzeby przesadnego dosładzania.
- Wsyp 2,5-3 g herbaty na 250 ml wody.
- Zalej susz wodą o temperaturze około 95-100°C.
- Parz przez 3-4 minuty, a potem oddziel liście.
- Podaj w szklance, najlepiej w metalowym koszyczku.
- Dodaj cukier, a cytrynę włóż dopiero po lekkim przestudzeniu naparu.
Jeśli zależy mi na wersji bardziej zbliżonej do dawnej esencji, używam około 6 g suszu na 500 ml wody i po kilku minutach rozcieńczam napar wrzątkiem. Nie chodzi o idealne odtworzenie historycznego smaku. Chodzi o zachowanie proporcji między mocą, prostotą i sposobem podania.
Największą różnicę robi dziś jakość suszu. Dawny napar często był ciemny i mocny, ale ciemny kolor nie świadczył o dobrym smaku. Współczesna herbata pozwala uzyskać podobny efekt bez nadmiernej goryczy, jeśli nie przetrzymamy liści w wodzie.
Najcenniejsza pamiątka po peerelowskim rytuale
Herbata z tamtej epoki nie była wyrafinowanym napojem w dzisiejszym rozumieniu. Jej znaczenie brało się z powtarzalności. Pojawiała się wtedy, gdy ktoś wpadał z wizytą, gdy trzeba było ogrzać się po powrocie do domu albo znaleźć pretekst do rozmowy.
Dlatego pamięć o niej nie dotyczy wyłącznie konkretnej marki czy jakości liści. To raczej wspomnienie szklanki, cukiernicy, metalowego koszyczka i chwili spędzonej przy stole. Właśnie ten prosty rytuał warto zachować, używając świeżego suszu i dobrych składników, ale bez udawania, że dawne niedobory były zaletą.
